...sen...


Ciepły słoneczny dzień. P. i J. rozmawiają na chodniku. Ja stoję po drugiej stronie jezdni i przygladam im się. Nagle P. denerwuje się na J. i zaczynaja sie szarpać. Zdenerwowany P. uderza J. zaciśniętą pięścią w twarz. Uderzenie jest tak silne, że P. łamie prawie wszystkie kości śródręcza, ale J. pozostaje bez żadnych widocznych obrażeń. P. atakuje dalej jednak widzę, że z pogruchotaną dłonią długo nie da rady. J. oddaje celnie ciosy i wkrótce P. ma złamany nos i jest spuchnięty jak piłka. P. zaczyna powoli się wycofywać, a w tym momencie J. zamienia się w kolegę J. i jeszcze agresywniej naciera na P., który prosi go żeby dał mu spokój. Zaniepokojony dzwonię do J. żeby natychmiast przyjechał i uspokoił swojego kolegę.

W wózku leży niemowlak ubrany w malutki, fioletowy, zimowy kombinezonik. Wyciąga do mnie ręce i płacze. To mój syn.

Biegniemy oddziałem przez pustynne miasto. Każdy z nas ubrany jest w DCU 6-color, czarny kevlar i hełm. Osłaniamy się M4A1 z M203. Wbiegamy do wielkiego transportowca po opuszczonej pochylni załadunkowej. Startujemy, a ja zauważam nieprzyjacielskiego snajpera między drewnianymi skrzyniami. Biorę go na cel aby osłaniać kolegę, który strzela snajperowi w plecy.

Jest noc i jadę sobie samochodem z wujkiem Andrzejem. Z głównej drogi asfaltowej skręcamy w las na malutką, ledwo widoczną w światłach reflektorów ścieżynkę, która prowadzi nas stromow dół. Dojeżdzmy do rwącego potoku górskiego, który wygląda prawie tak samo jak potok w dolinie Glen Nevis i przygotowujemy się do wędkowania.

Kucam sobie na mokrym piasku, a ciepła morska woda obmywa mi stopy. Na suchym zółtym piasku stoi grupa plażowiczów, których za chwilę będę uczył pływać. Podnoszę duży i płaski kamień i kopię nim mały basenik, który szybko wypełnia się morską wodą. Basenik jest głęboki zaledwie na kilka centymetrów i ma metr długości i szerokości. Kończę kopanie, bo wydaje mi się, że basenik jest w sam raz do nauki dziesięcioosobowej grupy dorosłych ludzi. Jednak słysze ze ludzie zaczynaja uciekać w panice. Obracam głowę w stronę morza i widzę wielka scianę wody pędzącą w moim kierunku. Fala ma conajmniej dziesięć metrów wysokości i załamuje się prosto na mnie. Spieniona woda przenosi mnie kilkaset metrów w głąb plaży. Tam na betonowym wale ochronnym czeka na mnie mój brat.

Znowu jest noc i znowu jadę z wujkiem Andrzejem na wędkowanie. Zjeżdzamy z drogi w tym samym miejscu. Ale wujka juz nie ma, a ja gubię sie na błotnistej ścieżce.

Jeżdżę kabrioletem pustymi ulicami. Przede mną są roboty drogowe, jednak z nieznanych mi powodow zajmuja one wszystkie pasy ruchu i nie da się ich ominąć. Krzyczę zdenerwowany na drowowców ubranych w pomarańczowe kamizelki i wyskakuję ze swojego samochodu. Wycofuje się pieszo nie patrząc za siebie i nagle wpadam w gorący granulowany asfalt. Zanurzam sie po sama szyję i powoli tonę dalej. Gdy pierwsze granulki gorącego asfaltu wsypują mi sie do ust, ktoś wyciąga mnie za rękę.

Noc. Ulica Maraszałkowska. Hotel Novotel. Mija mnie jakiś podejrzany człowiek, więc biegnę do najbliższego patrolu policji po pomoc. Gorączkowo próbuje wytłumaczyć o co mi chodzi. Policjanci są zdezorientowani. Odchodzę na bok i całuję sie z Pauliną.

Stoję w nocy na przystanku ‘Szkolna’, a dookoła pada śnieg. Podchodzę do skraju lasu i w tym momencie atakuje mnie dwóch chłopaczków w ciemnych ubraniach. Przewracają mnie na plecy, jeden blokuje mi ręce, a drugi kopie mnie ciężkim wojskowym butem w głowę. Leżę na błotnistym śniegu i przyjmuję ciosy. Nagle dwóch napastników znika, a ja wstaję i decydję się na pieszy pościg. Mam na sobie BDU woodland, więc zdejmuję ubrudzony błotem korzuszek sytetyczny i zakładam na siebie parke Gore-Tex ECWCS oczywiście woodland. Wchodzę w ciemny las i widzę Artura i Kingę leżących między drzewami na szarym śpiworze. Jednak mimo gestego lasu i nocy ich obóz znajduje się w kręgu jasnego światła. Będąc pewny że jestem niewidoczny w moim stroju, podchodzę bliżej, ale Artur szybko mnie zauważa. Wyskakuje ze śpiwora i podbiega do mnie.

Wchodzimy z Tengu do Proximy. Pablo ustawia swoją perkusję na dużym podwyższeniu, a ja z Offtzą lokujemy się przy drugiej ścianie. Gramy szybko nasz jedyny numer, a ja miotam się po całej sali Proximiy. Potem Pablo zaczyna składać perkusję, a ja idę się awanturować z jakimiś ludzmi.

Jesteśmy całą rodziną na pikniku. Chodzimy po parkingu samochodowym, na którym stoi tylko nasz samochód. Każde z nas ma przygotowaną dla siebie kanapke – kajzerke z kiełbasa krakowską. Kanapki są zapakowane w folię spożywczą i znajdują się w bagażniku naszego samochodu. Zgłodniali idziemy do samochodu i otwieramy bagażnik. Każdy wyciąga sobie swoją kanapke z wiklinowego kosza. Jedna kanapka nadal pozostaje w koszyku, widzę że jest z jajkiem i majonezem. Do bagażnika podchodzi cygańskie dziecko umorusane na twarzy i bierze tę kanapkę bez pytania. Strasznie mnie to irytuje.

Noc. Stoję na peronie stacji kolejowej łudząco przypominjącym dworzec Warszawa Wschodnia. Boję sie i wiem, że muszę uciekać. Ludzie poruszają się niespokojnie, spoglądają. Podjeżdża czarny pociąg, do ktorego wskakuję jeszcze zanim sie zatrzyma. Wagon jest jednym wielkim pomieszczeniem wypełnionym ludzmi siedziącymi na podłodze. Na końcu wagonu widzę monitor z jasnymi literami na ekranie. Podchodzę do niego i zaczynam wpisywac kod jakiegoś tajemniczego programu, który ma nas wszystkich ocalić. Bart który zupelnie nie wygląda jak Bart, nerwowo mnie pośpiesza. Nadal się boję.

Pochmurny ale jasny dzień na cmentarzu. Kamienne nagrobki wystaja bezpośrednio z trawy. Cmentarz otoczony jest monstrualnym kamiennym murem. Wszystko wygląda jak w grze komputerowej z bardzo dobrą grafiką. Muszę znaleźć grób Adrianny. Biegam panicznie między grobami patrząc na napisy na kamieniach. Nie mogę go znaleźć i zaczynam płakać. Czuję się winny, że nie byłem na jej pogrzebie.

Piękna pogoda. Słonko świeci, rośnie zielona trawa. Na horyzoncie widac góry z zaśnieżonymi szczytami, a pod lasem stoi murowana hatka Offtzy. Przechodzę przez drewniany płotek i piaskową dróżką udaję się w kierunku zabudowań. Offtza wita mnie z otwartymi rękami. Zaprasza do środka. Drzwi jego hatki prowadzą prosto do kuchni, w której stoi ciężarna Justyna. Wita się ze mna wyciągając w moja stronę lewą dłoń a prawą nadal miesza zupę w garnku.

Biegnę betonowym korytarzem, a wielkie szczury gonia mnie nadal. Za zakrętem widac światło. Wydostając się na powierzchnię moim oczom ukazuje się wielkie bagno, z którego miejscami wystają betonowe wyjścia do korytarzy, którymi biegałem godzinami. Szczury są wszędzie, a ja strzelam do nich z mojego czarnego rewolweru.

Na łóżku przede mna pręży sie nagi Jean Reno.