Ciepły słoneczny dzień. P. i J. rozmawiają na chodniku. Ja stoję po drugiej stronie jezdni i przygladam im się. Nagle P. denerwuje się na J. i zaczynaja sie szarpać. Zdenerwowany P. uderza J. zaciśniętą pięścią w twarz. Uderzenie jest tak silne, że P. łamie prawie wszystkie kości śródręcza, ale J. pozostaje bez żadnych widocznych obrażeń. P. atakuje dalej jednak widzę, że z pogruchotaną dłonią długo nie da rady. J. oddaje celnie ciosy i wkrótce P. ma złamany nos i jest spuchnięty jak piłka. P. zaczyna powoli się wycofywać, a w tym momencie J. zamienia się w kolegę J. i jeszcze agresywniej naciera na P., który prosi go żeby dał mu spokój. Zaniepokojony dzwonię do J. żeby natychmiast przyjechał i uspokoił swojego kolegę.

W wózku leży niemowlak ubrany w malutki, fioletowy, zimowy kombinezonik. Wyciąga do mnie ręce i płacze. To mój syn.