Jest noc i jadę sobie samochodem z wujkiem Andrzejem. Z głównej drogi asfaltowej skręcamy w las na malutką, ledwo widoczną w światłach reflektorów ścieżynkę, która prowadzi nas stromow dół. Dojeżdzmy do rwącego potoku górskiego, który wygląda prawie tak samo jak potok w dolinie Glen Nevis i przygotowujemy się do wędkowania.
—
Kucam sobie na mokrym piasku, a ciepła morska woda obmywa mi stopy. Na suchym zółtym piasku stoi grupa plażowiczów, których za chwilę będę uczył pływać. Podnoszę duży i płaski kamień i kopię nim mały basenik, który szybko wypełnia się morską wodą. Basenik jest głęboki zaledwie na kilka centymetrów i ma metr długości i szerokości. Kończę kopanie, bo wydaje mi się, że basenik jest w sam raz do nauki dziesięcioosobowej grupy dorosłych ludzi. Jednak słysze ze ludzie zaczynaja uciekać w panice. Obracam głowę w stronę morza i widzę wielka scianę wody pędzącą w moim kierunku. Fala ma conajmniej dziesięć metrów wysokości i załamuje się prosto na mnie. Spieniona woda przenosi mnie kilkaset metrów w głąb plaży. Tam na betonowym wale ochronnym czeka na mnie mój brat.
—
Znowu jest noc i znowu jadę z wujkiem Andrzejem na wędkowanie. Zjeżdzamy z drogi w tym samym miejscu. Ale wujka juz nie ma, a ja gubię sie na błotnistej ścieżce.